Wybrał
ciebie. Twój dom z otwartym oknem
Bał się,
schowany w szparę za szafą
błagał
oczami o miskę jedzenia. Syczał, gdy chciałeś go dotknąć.
Oswajał
zapachy i dźwięki,
nasłuchując
zlizywał piwniczny brud z sierści
i mleko do
dna z wesołym pajacykiem.
Powracając z
pracy znajdowałeś szare kłaczki na fotelu
Zbyt pospiesznie
nadałeś mu imię i tak już zostało, naprawdę
było mu
obojętne jaki zbiór głosek określa jego płeć
Przeczuwał,
że możesz dać mu więcej
Wyczekiwał
uczepiony swoimi oczami w twoje ciało
wielkie i
zbyt gwałtowne, żeby na dobre opuścić bezpieczny kąt.
Jednak tamtego
dnia snop słońca dłużej ogrzewał siedzenie fotela
Dom był
cichy, ciepły i śniła się mama z nabrzmiałymi od mleka sutkami
Złapała go
za skórę na karku i niosła w nowe miejsce
Z dala od
krzyku rozszczekanych psów.
Było tak
błogo, ciężkie powieki nie chciały się otworzyć
Coś
łaskotało za uszkami i pod pyszczkiem, głośne mruczando
wylało się
tak zwyczajnie z małego ciałka. Otwarte nagle zielone oczy
zobaczyły
człowieka pochylonego nad jego legowiskiem
I było już
za późno na ucieczkę, nie było dokąd uciec.
Szara
kuleczka nieruchoma w słonecznym strumieniu
poddana delikatnym
palcom uśmiechniętego olbrzyma
sprawiedliwie
odtąd dzieliła z nim fotel
.<magenta>